Stefan Wojnecki

A gdzie zobaczył pan przestrzeń?

Był we Wrocławiu taki wykładowca, o którym wiedzieliśmy, że we Lwowie starał się o doktorat sześć razy i sześć razy go oblali, ponieważ niby był słaby. Nazywał się Stark. I jego wykłady… To dziś jest zupełna abstrakcja. Wpadał i mówił tak: „Wyobraźcie sobie teraz figurę”. To była bardzo skomplikowana figura. – „Zawieszę ją tam.” Potem drugą wieszał w innym punkcie, w końcu w całej przestrzeni pozawieszał te figury, niektóre wystawały jeszcze na zewnątrz murów – wszystko w wyobraźni. Potem chwytał kredę i rysował po kolei wszystkie fragmenty tej przestrzeni wzorami matematycznymi, wymazując co chwilę kawałek i zaczynając następny. Te figury jeszcze się w międzyczasie zmieniały przez wzorce matematyczne, on je zwężał albo rozszerzał, wszyscy musieli to widzieć razem z nim i jeszcze równocześnie pisać. Gdyby dziś ktoś czegoś takiego od studentów wymagał, to oni by chyba wszystko odłożyli i wyszli.

Pokaz „Ku nirwanie”, Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu, luty 2010

To niesamowicie ćwiczy umysł.

No i coś mi z tego zostało! To ćwiczyło wyobraźnię. Toteż gdy mówi się o różnych promieniowaniach, falach, ja to widzę. Dlatego przetransponowałem je na dziedzinę sztuki.
Niesamowite, że pana działania artystyczne tkwią aż tak bezpośrednio korzeniami w matematyce.
A przy tym w liceum czy wcześniej – byłem zawsze najlepszy. Natomiast na studiach byłem szaraczkiem. Było tylko dwóch na moim roku, którzy naprawdę wszystko rozumieli (rzęsity śmiech).
To w którym momencie przestawił się pan z fizyki w kierunku fotografii?
A to było wymuszone.

Wymuszone?

Zupełnie. W domu wisiały duże powiększenia ojca, ponieważ był fotografem amatorem a dużo jeździł po świecie i stamtąd przywoził wiele zdjęć – ładne, dobre naprawdę, robione u Gregera, w starej poznańskiej firmie. Ojciec kręcił też filmy, również i mnie – to przyjemność posiadać takie filmy z dzieciństwa. Miałem zatem odwołanie do domu, do ojca i mógłbym się odwołać tylko do tego. Ale było coś jeszcze. Zapisałem się do Towarzystwa Fotograficznego w 1952 r. Czas socrealizmu. Mnie on w ogóle nie obchodził, do partii nie należałem, więc nic nie robiłem, tylko czytałem ochoczo podstawy techniczne fotografii. Przyczytałem wszystkie książki z tej dziedziny, które były w tutejszej Bibliotece Uniwersyteckiej – wtedy nie było to nic trudnego, razem 23 tytuły. Dziś przy tym nadmiarze wszystkiego, jest to w ogóle niewyobrażalne.

To było pewnie dokładnie to, co należało przeczytać.

Faktycznie, gdy przeczytałem te 23 pozycje, jeszcze podczas studiów, od razu już umiałem robić fotografie, łącznie z papierowymi odbitkami.

Jako fizyk mógł pan w zasadzie umknąć tym problemom z socrealizmem, mógł pan pracować w zawodzie i po prostu robić swoje.

Socrealizm miał się wkrótce skończyć, ale miałem pracę z nakazu we Wrocławiu. Wiedziałem, że jestem bardzo dobry w fizyce przemysłowej, widziałem siebie jako pracującego w przemyśle. Przy obecnych, nowych rozwiązaniach, to jest oczywiste. Ale wtedy takie bynajmniej nie było. Zacząłem pracować w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego. Wdrażano zupełnie nową rzecz: wyrób odrzutowców. Ja, na podstawie licencji radzieckiej, opracowywałem urządzenie do pomiarów parametrów tych samolotów. Miałem to, czego chciałem. Lecz po dwóch latach zauważyłem, że wszystko się powtarza. Opracowujemy obce licencje, a ja nie mam możliwości wykazania swojej inwencji. Praca z nakazu się skończyła i stanąłem przed wyborem, co dalej robić. Stwierdziłem, że urodziłem się za szybko, żeby się sprawdzić jako fizyk przemysłowy. (Późnie myślałem, że może syn urodził się w odpowiednim momencie – też ukończył fizykę. Pracował w Instytucie Fizyki Teoretycznej, ale znów było za wcześnie. Wnuk też ma zdolności w tej dziedzinie, jeśli zechce pójść w tym kierunku, to w Polsce i on będzie miał ograniczone możliwości.)
Zatem zmuszony zostałem rozważyć wszystkie możliwości i doszedłem do wniosku, że jednak najlepiej będzie zająć się tą fotografią (śmiech). Miałem pewne obciążenie fizyczne – widziałem nie to, co inni, ale pomyślałem, że w tym mógłbym być dobry. I wtedy – a było to tuż po Poznańskim Czerwcu (w którym też brałem udział), socrealizm się skończył. Ruszyła lawina realizacji czysto fotograficznych. I od razu miałem w moich pracach coś innego. Nie poszedłem w kierunku fotografii subiektywnej, jaka wtedy była na tapecie.

Jak pan sobie radził materialnie? Zlecenia mogli legalnie wykonywać wówczas tylko członkowie Związku Polskich Artystów Fotografików, a pan został jego członkiem dopiero w 1971 r.

Dla mnie ten problem nie istniał, ponieważ miałem bardzo miłą żonę, która wtedy bardzo dobrze zarabiała, trzy razy więcej niż wynosiła przeciętna pensja, i podzieliliśmy się tak, że ja będę robić wszystko w domu, a ona będzie zarabiać. Przez ponad dwadzieścia lat zarabiała ona. Aż w końcu i ja doszedłem do możliwości zarobkowych dzięki fotografii. A przecież na fotografię wydawałem też sporo.

Muszą pana śmieszyć w kontekście takiej umowy małżeńskiej dziesiejsze ruchy emancypacyjne kobiet.

Tak, według tych dzisiejszych kryteriów moja żona była wielką feministką. Ale ona była po prostu kobietą z wielką klasą.