| Rozmowa z Jarosławem Stanisławskim |
|
Jarosław Stanisławski: To moje dęby rogalińskie. Miał być album [do spółki] z Korpalem. Ja się związałem z Adamem Kochanowskim, który chciał napisać słowo wstępne, chciał się tym zająć, potem dokooptował Staszyszyna. A potem nic z tego nie wyszło. Korpal się usamodzielnił, on to wydał. A! I jeszcze Kochanowski Szurkowskiego tam przyprowadził... [Szurkowski przygotował makietę własnego, autorskiego albumu, ale go nie zrealizował ze względu na problematyczną współpracę z Kochanowskim.] Monika Piotrowska: To znaczy, że miał powstać wspólny album? Takie było założenie. Najpierw chciałem sam, a potem koledzy powiedzieli: a może wspólny album zrobimy? W jakich latach? Janusz [Korpal] zrobił swój album jakieś 10 lat temu [wydał w 2003, zamieszczając materiał przygotowywany przez prawie 40 lat], a nasz miał wyjść gdzieś w końcu lat 80. w Wydawnictwie Poznańskim. Diapozytywów barwnych, które też zrobiłem, stamtąd już nie dostałem z powrotem, czego żałuję, bo niektórych dębów z tych zdjęć już nie ma, inne są ogrodzone i to ma zupełnie inny charakter. Zacznijmy od początku. Środowisko poznańskie, powojenne było jeszcze tym samym, które działało tu przed wojną, a działało bardzo aktywnie promocyjnie. Czy pan zajął się fotografią też z tego względu, że pan to widział? Trudno powiedzieć, że ja byłem wtedy już tak fotograficznie rozwinięty i zorientowany, że wiedziałem, co [to] za środowisko, co za ruch to był. Jak się pierwszy raz znalazłem na spotkaniach Stowarzyszenia Miłośników Fotografii [reaktywowane 28.06.1945], jeszcze zanim zaczęli przychodzić na nie Obrąpalscy i zanim Stowarzyszenie przyjęło swój statut, to Marian Schulz organizował je w Urzędzie Wojewódzkim w Wydziale Kultury i Sztuki. On udostępnił swój gabinet czy [pomieszczenie] obok. Ja znalazłem się tam jako chłopak, a chodziłem przez długie lata [debiutował w 1947 r. na I Ogólnopolskiej Wystawie Fotografii]. [Mówiono potem:] Ach! To jest ten, co przyszedł w krótkich majteczkach! – Czyli w krótkich spodenkach, no, bo miałem zaledwie 16 lat, nie powiem, żebym przyszedł z ojcem za rękę, ale prawie. Ojciec [Walenty] był członkiem Stowarzyszenia i amatorem fotografii z prawdziwego zdarzenia, nie pstryczkaczem. Ten ruch polegał na amatorstwie. Dokładnie. To Stowarzyszenie Miłośników obejmowało ludzi bardzo zacnych. [Wymienić trzeba takie nazwiska jak] m.in. Karol Wilak, księgarz - przed wojną działał, po wojnie. Zenon Maksymowicz, prof. Stefan Poradowski – prezes potem naszego Związku (ZPAF), Marian Stamm, Franciszek Maćkowiak, Myszkowscy obaj – Maksymilian i Józef, Eugeniusz Kitzmann – taki reporter z Głosu Wielkopolskiego, szereg ludzi, których nazwiska może nic nie powiedzą, ale byli – to była ta pierwsza grupa. Ojciec pana wprowadził w 1947 r.? W 1946. Bo znał Mariana Schulza i od niego dowiedział się, że coś takiego powstało. Już pan wtedy fotografował, gdy zaczął pan chodzić na te spotkania? Za dużo powiedziane. Trzymał aparat w rękach i usiłował coś zrobić. Więcej, bym powiedział - fotografował wtedy ojciec. Ale już w 1946 r. przynosiłem na te zebrania swoje prace. I tam była dyskusja, wszystko mi naturalnie wytknęli, co najgorsze, a jak było za co, to i pochwalili, że to jest dobrze. I w ten sposób nabierałem wprawy. A co wytykali? Głównie sprawy kompozycji, bo to była chyba najważniejsza rzecz; na techniczne też zwracano uwagę, mówiono, że to nie powinno być takie szare albo, że powinno mieć nastrój, albo powinno być kontrastowe, ale głównie mówiło się o kompozycji, o temacie – czy to dobry temat, dobrze zakomponowany, o mocnych punktach (według starego schematu, który dziś się szanuje, w plastyce, w fotografii, ale nie przez wszystkich jest używany, bo zupełnie innego typu kompozycje [się stosuje], centralne, niecentralne – każdy ma swoją i swoją nazwę na to, i potrafi ją obrobić). Na zasadzie mocnych punktów – powiedzmy tego typu [były] rozmowy: ciemno – jasno, postarać się [o to przeciwstawienie], mniejsza góra, tu powinno być wyważone, no, jeśli tu jest coś, to i tam powinno być. I w ten sposób dochodziłem do - w miarę - perfekcjonizmu. To jest za dużym słowem, bo ten perfekcjonizm do dzisiaj nie jest aż taki, aczkolwiek, nie chwaląc się, zawsze mówili, że ten Jarek to warsztat ma dobrze opanowany. A jaka tematyka wtedy dominowała? Ja rozpocząłem i przez cały okres aż do dzisiaj [fotografowałem] pejzaż, choć powiedziałbym [lepiej]: fotografię krajoznawczą. Krajoznawcza – to mam na myśli: fotografia kraju, wszystkiego, nie tylko czystego pejzażu. Może być i architektura, i mały reportaż, i zdjęcia ze sztafażami. A w kontekście środowiska: czy takie były oczekiwania? Jakie tematy były doceniane w Stowarzyszeniu? Trudno powiedzieć, że temat pejzażu czy fotografii krajoznawczej był najlepiej oceniany, ale ci wszyscy, którzy fotografowali i pokazywali [swoje prace] - to [szli] w tym kierunku: fotografii kraju. Były takie wystawy zaraz po wojnie jak „Ruiny Poznania” [16.12.1945]. To był krajobraz, ale krajobraz po bitwie. To też był pejzaż, ale zupełnie inny. Trudno nazwać to konkretnie. Tolerowany czy uważany za dobry był portret, akt, czy cokolwiek – wszelka fotografia. Jaka tematyka przeważała na wystawach? Duży przekrój: i architektura, i krajobraz, i fotografia rodzajowa, i martwa natura, zależnie od tego, co któremu autorowi „leżało”. To nie były wystawy ściśle tematyczne. Tego się nie spodziewam, tylko interesuje mnie, co się robiło. Robiło się wszystko. A akty były? Były. No, może troszeczkę później – znaczy w naszym poznańskim środowisku, bo u nas pierwsze akty robił Maksymilian Myszkowski. Gdzieś tu znaleźlibyśmy je, w miesięczniku „Świat fotografii”, które [wtedy] wychodziło [od sierpnia 1946]. Trzeba powiedzieć, że poznański ośrodek był jednym z silniejszych zawsze. M.in. pierwszym, który po wojnie w ogóle zaczął wydawać właśnie „Świat fotografii”. Nie chwaląc się, jestem właścicielem wszystkich roczników. W 1952 r. jedno moje zdjęcie też się [na tych łamach] znalazło. Kto wydawał „Świat fotografii”? Na początku Stowarzyszenie Miłośników Fotografii. Sprawdźmy. To jest 46 rok. Bo potem było Polskie Towarzystwo Fotografii [założone 8.07.1947; 1.12.1948 zlikwidowano SMF a jego członkowie weszli do utworzonego wówczas oddziału poznańskiego PTF – oryginalna nazwa: Polskie Towarzystwo Fotograficzne Oddział w Poznaniu], a potem Poznańskie Towarzystwo Fotografii. Tu widzę tekst Zbigniewa Wyszomirskiego – to był mąż Wyszomirskiej? Tak. On pisał, zdjęcia też robił. „Świat fotografii” był czasopismem ogólnopolskim? Był dostępny w całej Polsce... [gdy wydawcą stało się Polskie Towarzystwo Fotograficzne – od 7.12.1947]. A tutaj, na tej stronie, to Maksymowicz fotografował, pierwszy kierownik delegatury poznańskiego PZF. Bo zanim powstał Związek Polskich Artystów Fotografików, to był Polski Związek Fotografików [założony 16.12.1947 w Warszawie]. Ale ponieważ był Polski Związek Filatelistów i też był PZF, to się wszystko myliło. Co prawda fotografia była „trochę” większa od znaczków pocztowych, ale postanowiono zmienić [nazwę]. A ponieważ ukonstytuowała się już nazwa Związku Polskich Artystów Plastyków, a to [fotograficzny PZF] był też związek twórczy, w ministerstwie i w ogóle uchodził za taki, więc przybrał miano Związku Polskich Artystów Fotografików [28.06.1952]. /Oglądając „Świat fotografii”/ A tu za chwilę właśnie akt będzie, Maksymiliana Myszkowskiego. Potem, w latach 70., to już było normalne, nawet, nie chwaląc się, ja też robiłem akty i też mam. Ale nie pokażę, bo tak, jak od 10 lat się zabieram za uporządkowanie i jeszcze Janusz mnie męczył o zrobienie retrospektywy, gdy w Zamku... ...Pałacu Kultury... ...działał, tak jeszcze tego nie zrobiłem. Bo taki melanż, jaki tu przyniosłem pani do pokazania, to tam [na górze domu] jest dziesięć, piętnaście razy większy, trzeba by to posegregować, uporządkować, żeby pokazać jakiś swój obraz. Ale bałaganiarzowi, jakim jestem, trudno to jakoś pogodzić. Wracając do tematyki, bo właśnie widzę tekst Bułhaka - on używa określenia fotografii ojczystej... To chyba tak było, ale potem przychodził socrealizm – to była praca, wystawy, pokazujące tylko pracę, jak młotem walił albo kielnią. Takie zdobywały nagrody. Takie zdjęcia też pan robił? Tak (dusi śmiech). Ma pan je? Mam (ze śmiechem). Może nie aż takie... Gdzie je pan robił? W różnych miejscach, m.in. robiłem górników w Koninie, to powiedzieli, że wybrałem takich, co to powinni się udać do stomatologa... Taki ma uśmiech (śmiech)... Tylko ma perełki, ten czar... To też „chodziło” mocno po wystawach. I jeszcze w takich kapeluszach [ci górnicy byli], bo ci konińscy, to nie w kaskach, tylko w kapeluszach [pracowali], żeby im się na krzyż nie lała woda. Z szychty wyjechali, a ja tam na nich czyhałem i coś śmiesznego powiedziałem, to się uśmiechnęli...W Koninie się znalazłem z racji zawodu, bo ja z fotografii całe życie żyłem. Fotografia zawsze mnie interesowała, innego zawodu nie uprawiałem, aczkolwiek wykształciłem się w zupełnie innym kierunku. Kim pan był z wykształcenia? Finansistą. To mi na tyle pomogło, że umiałem to zagospodarować, żeby sobie pracownię dobrą zbudować. Bo, nie chwaląc się, miałem, dzisiaj już nie mam, ale miałem chyba jedną z najlepszych pracowni – lokalowo. Bo to, że się tu sprowadziłem, to nie to, że mi odbiło, że chciałem mieć dom. Nie, chciałem tylko mieć pracownię. A żyliśmy w czasach, kiedy na głowę było góra dziesięć metrów kwadratowych, jak rodzice mieli 60 m kw., to im to zabrali. Członkowi ZPAF przysługiwała izba. Żeby to oszukać, to się robiło tak, że np. byłem zapisany w spółdzielni, [dostałem mieszkanie], były 3 pokoje - to rozwaliłem ścianę, żeby zrobić 2 izby. Bo jeden pokój mi się należał, żebym mieszkał z żoną, a drugi - jako pracownia. W jakich latach się to działo? Koniec lat 60. Tu się wprowadziłem w 1971 r. [do domu jednorodzinnego na Winogradach]. Żeby zwalić tam ścianę, to musiałem naturalnie mieć zgodę, ale miałem na tyle poparcia wśród kolegów, że dostałem zgodę. To była spółdzielnia „Radiowiec”, na Łazarzu. Mieszkania mieli ludzie z prasy, radia i telewizji, jeden plastyk Zbigniew Kaja, no i jeden fotografik. Co pan robił w pracowni? Traktował pan ją także jak atelier, w którym przyjmuje się ludzi zainteresowanych zrobieniem sobie zdjęcia? Nie, nie, w życiu, tego w ogóle nam nie było wolno! Nawet do tego stopnia, że każde zdjęcie musiało być własnoręcznie wykonane, tzn. musiałem się oświadczyć, że „wykonałem osobiście” i „nie jestem płatnikiem podatku dochodowego”, czy jakaś taka podobna formuła to była. Robiliśmy to przez Pracownię Sztuk Plastycznych albo przez Warszawę – honorarium było wpłacane na konto ZPAF. [Pracownia Sztuk Plastycznych była instytucją pośredniczącą w zamówieniach i odbiorze prac zleconych; należność zakłady zamawiające regulowały przez PSP lub ZPAF.] A głównie pracowałem dla takich większych firm, robiąc katalogi, trochę [druków] reklamowych... A dla jakich firm? Np. Jarocińska Fabryka Obrabiarek i JAFO – Jarocińska Fabryka Obrabiarek do Drewna, fabryka tokarek w Pleszewie, w Poznaniu – kina (robiło się metrowe powiększenia, takie fotosy, gdy film wchodził na ekrany); trzy razy do roku [pracowałem] na targach; dla Zarządu Leśnictwa na Gajowej też robiłem masę zdjęć do ulotek, katalogów. Poligrafia nie była wtedy na tyle rozwinięta, żeby drukować w ciągu jednego dnia i wpuszczać – albo nie było papieru, albo nie było farby, albo nie było komu tego zrobić. To gdy robiłem zdjęcia, to nie jednej maszyny czy urządzenia, ale jeździłem po całej Polsce i fotografowałem wszystkie np. obrabiarki, jakie były. Taki gruby katalog powstał, ale to takie były... ... fuchy? Tak zwane, czyli z tego się żyło. Kalendarze też pan robił? Przecież fotografował pan pejzaż, dobry temat. Nie, kalendarzy nie robiłem. Pejzaże to były zdjęcia wystawowe. W Wydawnictwie Poznańskim miałem takie dwa wydawnictwa, to się nazywało „Poznań wczoraj i dziś”. W tym były stare zdjęcia, które miałem, a do tego [dołączyłem] nowe zdjęcia, zrobione przeze mnie w tych samych miejscach. Np. narożnik Zwierzynieckiej i Roosevelta – tam po wojnie była knajpa, a potem powstał hotel Merkury. Albo zrobiłem [też] zdjęcia w miejscach ruin, sfotografowanych przez innych autorów – na zlecenie, dla Wydawnictwa. A jak wyglądało życie towarzyskie Towarzystwa Fotograficznego? Co ja mogę o tym powiedzieć – wówczas młody chłopak... To wszystko byli dla mnie panowie z brodą, którą ja dzisiaj też noszę. Np. pan Obrąpalski z Fortunatą Obrąpalską, przemili ludzie i bardzo dużo im właśnie zawdzięczam, a zwłaszcza pani Fortunacie, która tak mnie jakby trochę pod swoje skrzydła wzięła. Starała się po prostu powiedzieć, co należy zrobić, żeby było lepiej i ja się jej radziłem. M. in. za namową państwa Obrąpalskich przedstawiłem prace Radzie Artystycznej Związku Polskich Artystów Fotografików, w którym znalazłem się już w 1951 r. Wtedy byłem jednym z najmłodszych fotografików w kraju. Bo potem – ale to do sprawdzenia – Nasierowska chyba był najmłodsza. Nie wiem nawet, czy nie była młodsza ode mnie, kiedy wstępowała do Związku, no, ale ona miała zaplecze swoich rodziców, którzy warsztat mieli opanowany do perfekcji i łatwiej na pewno jej się startowało. Tu nie chcę powiedzieć, że ona miała z górki, a ja pod górkę, tylko, że mnie wyprzedziła, ale wcześniej ja byłem najmłodszy. W związku z tym to życie towarzyskie – nie, żeby było na dystans, ale [polegało na tym, że] pomagali mi. Do kiedy to trwało? Nie za długo, bo do czasu, kiedy stałem się już członkiem Związku. Bo [wtedy] już poczułem, że chyba jestem dobry. Jeszcze sam Bułhak na tej pierwszej wystawie, gdzie pokazano „Zlodowaciały brzeg”, stanął przy tej mojej tablicy (to było w Muzeum Narodowym tu, w Poznaniu [1947 r.]), a ja podsłuchując zza pleców – tam byli jeszcze Strumiński, Obrąpalscy, słyszę, że mówią: „A, to taki młody autor”, na co Bułhak powiada: „No, jak się tak rozwija, to może co z niego będzie”. Potem się okazało, że za 3 lata było, bo mnie przyjęli do Związku. Miał pan dużo styczności z Cyprianem? Bardzo dużo. Może nie na [zasadach] takich koleżeńskich, żebym ja przychodził do niego a on do mnie, na kawkę, ale muszę powiedzieć, że byłem trzy kadencje prezesem Związku Polskich Artystów Fotografików, kadencja [trwała] 5 lat. Tylko, że pierwszą, jak rozpocząłem, to wiem, w którym roku, a potem to już nie (tam była przerwa, bo ktoś tam wskoczył). Jestem bałaganiarz do entej potęgi. To o tej pierwszej kadencji niech pan opowie. W 1965 r. prezesem był prof. Stefan Poradowski, ale - jak to profesor – miał dużo zajęć, więc wybrali mnie na jego zastępcę. Współpracowaliśmy bardzo ściśle, ja go odwiedzałem, ustalaliśmy, jak to te sprawy ciągnąć. W 1967 r. prof. Poradowski zmarł. Ja przejąłem to prezesostwo, bo powiedziano, że jak już jesteś wciągnięty, to musisz to wziąć. Po tej kadencji była następna i następna, z tym, że tam wskoczyli koledzy: [Antoni] Głodkiewicz, potem [Stefan] Wojnecki i potem znowu mnie wybrali. I jeszcze chcieli, ale ja już powiedziałem, że koniec, starczy, bo oprócz tego, że tutaj praca prezesa mnie zajmowała, to jeszcze byłem przez dwie kadencje w Komisji Artystycznej Zarządu Głównego w Warszawie i przez dwie kadencje – członkiem Zarządu Głównego. Więc tych funkcji było troszeczkę dużo, nawet muszę powiedzieć, że trochę zaniedbałem działalności wystawienniczej. Po to, żeby jakoś przeżyć, trzeba było robić coś zawodowo. Niektórzy mówili, że ta praca zawodową też może być artystyczna. I ja się z tym zgadzam, ale akurat ten rodzaj fotografii, którą ja robiłem zawodowo, to może mniej by się nadawał. To ci, którzy robili kalendarze, to przy pejzażach [mogli łączyć oba rodzaje działalności].Ale na przełomie lat 50/60 robiłem całą serię widokówek i widocznie wydawnictwu się spodobały, bo dostałem zlecenie i robiłem dalej widokówki dla województwa. M.in. Krotoszyn (to zdjęcie, gdzie wozy jeden przy drugim na bruku stoją, to sobie przy okazji dla siebie sfotografowałem), w zielonogórskim robiłem zdjęcia - Łagów, Lubniewice... I pamiętam, że z samochodami, co rozwoziły gazety – ponieważ to [przedsiębiorstwo] Prasa-Książka-Ruch zamawiało – załapywałem się i jeździłem. Oni tam to rozładowywali, czasami z jakiegoś hotelu zabierali mnie dnia następnego, takie trochę cygańskie życie. Wracając jeszcze do Poradowskiego – to był jeszcze jeden ze starej daty amatorów. Tak, był profesorem w szkole muzycznej. Poza tym miał pan stały kontakt z Cyprianem. Ponieważ oprócz tego, że byłem w Związku, to miałem jeszcze stały kontakt z Towarzystwem Fotograficznym. I my robiliśmy różne, wspólne rzeczy, wystawy – w sensie jury i przede wszystkim lokalu. My korzystaliśmy z ich lokalu na Paderewskiego. Ten lokal wystawienniczy był bardzo uczęszczany i w ogóle fantastyczna rzecz, no i tam mieliśmy swoją siedzibę [ZPAF w lokalu PTF; ZPAF pokrywało część kosztów wynajmu], i spotykaliśmy się tam również z PTFem. A Cyprian był tak samo – zarówno działaczem Związku, jak i środowiska amatorskiego. I mieli np. taką wystawę FOTO-EXPO. Cyprian także brał w tym udział, jeden z tej całej grupy założycielskiej i z Poznańskiego Towarzystwa, i ze Związku Polskich Artystów Fotografików [Cyprian był członkiem obu]. My to FOTO-EXPO razem organizowaliśmy [Międzynarodowy Salon Fotografii Artystycznej FOTO-EXPO 69, wystawa i konkurs]. Ono było co roku? Tak, przez jakiś okres [od 1969 r. do lat 80., co dwa lata], aż to się wypaliło. Główną przyczyną pewnie było, że jak został zlikwidowany PTF [30.06.1991], to już nie było funduszy i wszystko się rozsypało. Zresztą my tam mieliśmy swoją biblioteczkę, swoje rzeczy – zaniedbaliśmy to, podobnie jak PTF, bo przecież po PTFie też nic nie zostało, tam są też takie luki teraz, że nikt nie wie, co, kiedy... To więcej jest w „Świecie fotografii” do lat 50. Jak pan ocenia swoją ówczesną działalność społeczną z perspektywy czasu? Sam się zastanawiałem, że dałem się wrobić w taką społeczną działalność. Bo, szczerze mówiąc, nigdy mi to nie leżało. Chodzić na zebranka, podyskutować – tak, ale żeby ten cały ciężar brać na swoje barki – nie bardzo mi odpowiadało. Za życia profesora Poradowskiego jeszcze to my takie chałupnictwo prowadziliśmy. Bo nie było biura, sekretarki, która by prowadziła korespondencję. Cała korespondencja przychodziła na prezesa, no i prezes z sekretarzem i ewentualnie członkiem Zarządu spotkał się [i przedyskutował], co dalej robić. [Listy] sam redagował, bo rzadko robił to sekretarz. Gdy Towarzystwo dostało lokal przy Paderewskiego, to my się tam ulokowaliśmy, ale też nie mieliśmy pracownika. Także było to uciążliwe, ale skoro się podjąłem, musiałem to robić. No i te wyjazdy – bo co miesiąc prawie czy dwa były zjazdy w Warszawie, to się jechało na dwa-trzy dni, dyskutowało. Potem jak byłem w Komisji Artystycznej – to też na dwa-trzy dni, bo tam [przeprowadzano] przyjmowanie członków i nie tylko, [określano] perspektywy – co robić, jakie wystawy, co obsyłać, gdzie nie wysyłać, co Ministerstwo... To wszystko z jednej strony pomagało, bo człowiek był na bieżąco z tym, co w Zarządzie Głównym się dzieje, a z drugiej – to dochodziły kolejne zajęcia, trzeba było pójść do Wydziału Kultury Miasta Poznania z tym i z tamtym, trochę pieniędzy [załatwić]... Bo my byliśmy samowystarczalni, [ale] Wydział ewentualnie nas dotował subwencją na wystawę. A jaką wartość promocyjną ta działalność miała? No, największą to chyba ta z Poznańskim Towarzystwem, bo byliśmy z nim bardzo mocno związani. Ale bardzo szeroko nawiązaliśmy też współpracę z Gorzowem. Można powiedzieć, że my się zaopiekowaliśmy Gorzowskim Towarzystwem Fotograficznym, później jego członkowie zostali częściowo przyjęci do Związku. W Gorzowie organizowane były tzw. Gorzowskie Konfrontacje Fotograficzne, Kućko był motorem, jeden z pierwszych członków Związku z Gorzowa. Wtedy bardzo często wyjeżdżaliśmy tam na jury [dwa razy w roku], nie było chyba żadnego jury beze mnie. Zorganizowałem też - lepiej zabrzmi: Okręg zorganizował - plener w fabryce Stilonu, potem powstała duża wystawa, zakupili potem nawet prace. Przy ich ośrodku wczasowym mogliśmy potem urządzić plener, z bardzo ciekawą wystawą. Bo w tym ośrodku nie było żadnej sali wystawowej [więc] my w lesie porozciągaliśmy sznurki, powiesiliśmy zdjęcia, zrobiliśmy furorę. W jakim roku? Początek lat 80. Ale ta współpraca miała raczej wymiar lokalny, czy to procentowało ponadregionalnie? Inaczej: to procentowało na korzyść delegatury gorzowskiej. Ale ta delegatura podlegała Poznaniowi, więc splendor skapywał i na Poznań. Zasługę główną mieli tam miejscowi. Chodzi mi o to, na ile to funkcjonowało w świadomości powszechnej. Bardzo. To Janusz [Nowacki] może potwierdzić. Konfrontacje Gorzowskie były ogólnopolskie, a nawet z udziałem NRD. Ile osób brało w tym udział? W tej wystawie – dużo osób, może 20-tu, 30-tu autorów, a może i więcej. My jako Poznań też braliśmy udział w tych Konfrontacjach, bo ja też brałem udział, z tym, że jako członek jury, poza [konkursem]. A na ile można się było przebić dalej – do Warszawy, czy zagranicę? Na ile ta działalność Związku w tym pomagała? Było bardzo dużo wystaw poza granicami kraju, ale każdy autor, który chciał, indywidualnie to obsyłał. Co obsyłał? Te wystawy. Ja mam np. medal z Zagrzebia. Ale chyba trzeba było zostać najpierw zakwalifikowanym? Swoje fotografie pakowałem, [zanosiłem] na pocztę i wysyłałem na podany adres. Przysyłali imienne zaproszenia, bo wystarczyło się raz pojawić, to przysyłali. Przeważnie tak właśnie robiono, w Czechosłowacji czy w Niemczech, czy Francji, Jugosławii, Anglii; w Anglii np. Królewskie Towarzystwo Fotograficzne, też wziąłem udział w ich wystawie, potem ta IMCA londyńska czy jakaś się zwróciła... To wszystko się działo w latach 60. do 90. Później był m.in. taki konkurs w NRD, to się nazywało Ifo Scanbaltic, dla fotografów z krajów nadbałtyckich, czyli NRF, NRD, Polska, Litwa, Szwecja, Dania chyba jeszcze – miałem zaszczyt brać udział w jury tego konkursu i to chyba trzykrotnie; dwukrotnie na pewno (1980, 1984). Z racji tego, że był pan prezesem? Raczej nie, bo zaproszenie przyszło do Zarządu Głównego. I może dlatego zostałem wytypowany, że wtedy byłem członkiem Zarządu Głównego lub że byłem w Komisji Artystycznej – nie wiem. Kto był organizatorem? Niemieckie Towarzystwo Fotograficzne. Jury składało się z przedstawicieli tych wszystkich krajów nadbałtyckich. Tam też brałem udział w wystawie, ale poza konkursem. W takim kąciku dla jury. Jakby nie patrzeć, to zrobił pan karierę... ...no to za dużo pani powiedziała... ... skoro wszedł pan w skład takiego jury, a to, że pełnił pan funkcje w Związku, było okolicznością sprzyjającą. Oczywiście. Tu w kraju zasiadałem w jury dużo częściej, bo zagranicą, to tylko w tamtym konkursie. Ale to była wystawa naprawdę z rozmachem, prawdziwie międzynarodowa. Najpierw jury trwało tydzień, potem, jak pojechaliśmy na otwarcie, to jeszcze nas tam gościli. Wspomniał pan o wystawie Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego. Można było na takie zaproszenia wyjeżdżać? Boże broń. I to też był skutek kontaktów. M.in. z Poznańskiego Towarzystwa Fotograficznego był żyjący do dziś Feluś Sikorski, starszy ode mnie pewno o dwa lub trzy lata. On miał w Londynie kuzyna, który zajmował się fotografią i był w tym Królewskim Towarzystwie. To on przysłał Felkowi zaproszenie, a ponieważ byliśmy kolegami, Feluś powiedział: słuchaj, może weźmiesz udział. To ja odpowiedziałem: dlaczego nie, ty wysyłasz, to ja też, zrobimy wspólną paczkę, wyślemy. Potem jeszcze nas zapraszali, ale w następnych latach już IMCA, bo ona przejęła organizację [tego konkursu]. To są wszystko ogólniki: brał udział w kilkudziesięciu wystawach zagranicą i kilkudziesięciu w kraju. Przychodziły katalogi, zaproszenia, ale to jest ten mój bałagan, odkładało się w różne miejsca. Pan się urodził w Poznaniu? Jestem rodowitym poznaniakiem, mama też. Ojciec – Wielkopolanin, spoza Poznania. Wojnę tu państwo przeżyliście? Tak. Aczkolwiek Niemcy chcieli nas wywieźć, ale my uciekliśmy tylnym wyjściem. Mieliśmy duże mieszkanie na wysokim parterze, na Wolnicy, 5 pokoi, teraz tam nie ma nic, wszystko zburzone. Mieliśmy od dozorczyni klucze od mieszkania na 2-gim czy 3-cim piętrze, skąd wysiedlono Żydów. Tam przeczekaliśmy, aż Niemcy od nas wyszli i potem dopiero uciekliśmy do rodziny na Łazarzu, potem na Górczynie na Krauthofera. W 43´roku musiałem iść do pracy – chcieli mnie zabrać na kopanie dołów przeciwczołgowych, ale udało mi się zahaczyć u piekarza, pracowałem jako pomocnik. I w piekarni to już sobie żyłem jak pan, bo miałem co jeść, a wcześniej to było nietęgo, cieniutko – marchewkę się jadało, brukiewkę, a na chleb – to „rogenfloki”, czyli żytnie płatki, to było jeszcze urobione z taką papką z ziemniaków albo z marchwi, taki placek z tego i niosło się to do piekarza – taka pizza dziś człowiek by powiedział, tylko nie mająca z tym nic wspólnego. I to miało służyć za chleb. Ani to wyrośnięte, taka glina. Ale takich najgorszych rzeczy udało się panu w czasie wojny uniknąć? Nie. Ostatnie dni wojny to przeżyłem strasznie. Bo jako ten pomocnik piekarza na Głogowskiej, przy aptece, gdzie cukiernia „Regionalna” była – przed wojną tam był piekarz Dolecki, a w czasie okupacji taki Volksdeutsch Soszyński, u którego ja właśnie pracowałem – to jeszcze 5 dni przed wejściem Rosjan piekłem chleb. Piekliśmy z tej mąki, która jeszcze była, ale wydawaliśmy Polakom bez pieniędzy (dla siebie też piekliśmy). I przyszła taka Polka, ale Volskdeutsch, przyszła od tyłu, bo z przodu – takie „winogrono” [wisiało] i się nie szło dopchać, przez kraty wydawano. I powiada, że ona chce chleb. To taki dobrze zbudowany piekarz jak jej zamalował, to mało się nie przewróciła. Wyleciała, a na narożniku, gdzie jest apteka, stał taki „szupo” [Schutzpolizei], no i ona go przyprowadziła. On wali kolbą do drzwi, piekarze wszyscy pouciekali, a ja – gapa – zostałem. Wali ktoś do drzwi, to otwieram. Gdy otworzyłem, ten Niemiec ją zapytał, czy to ja. Ona odpowiedziała, że nie i tylko to mnie uratowało. Tymi drzwiami, w takich kapciach, w spodniach, koszuli i czapeczce piekarskiej - to w zimie, styczniu - „zapieprzałem” biegiem na ulicę Krauthofera pieszo, do domu. A tam mówię: mam w piecu chleb, muszę pójść go wyjąć (bo zostawiłem chleb, żeby się podsuszył, na te ciężkie czasy, które nas czekają, żeby coś było). I jak potem po dwóch godzinach poszedłem, to już był węgiel... Wystarczyło, żeby [ta kobieta] się pomyliła, to już wiem, co by mnie czekało. *** Tu znalazłam właśnie akt Myszkowskiego. To ładne rzeczy były. Wychodziły jakieś albumy? Nie. W pierwszych latach po wojnie, kiedy zaczęto wydawać ten „Świat fotografii”, to były jeszcze prywatne sklepy, stąd ta jakość druku. Potem, gdy upaństwowiono wszystko, to była tragedia, żeby coś wydać, wydrukować. Albo – jak mówiłem – nie było przydziału na farbę, na papier, a jak już wydrukowali, to było nie do przyjęcia. *** A gdyby miał pan podsumować najważniejsze osiągnięcia czy wydarzenia, które kojarzą się panu najlepiej w ciągu tych wszystkich lat? Na pewno przyjęcie mnie do Związku Polskich Artystów Fotografików to było to, na co najbardziej liczyłem, bo miałem do fotografii po prostu zamiłowanie. Oprócz tego jeszcze film mnie bardzo interesował, ale tak się złożyło, że matkę dosyć wcześnie straciłem, bo nie doczekała się, kiedy zostałem przyjęty do Związku, zmarła w 1950 r., ja skończyłem akurat średnią szkołę i do handlowej tutaj się nie dostałem, i pojechałem do Łodzi, do Szkoły Filmowej. Ale zrezygnowałem z tej szkoły, ponieważ ojciec musiałby dawać mi pieniądze na stancję itp., nie stać go było na to. I wybrałem fotografię. O „Świecie Fotografii”: Pismo ukazywało się od sierpnia 1946 r. do grudnia 1952 r. Wydawcą w 1946 r. było Stowarzyszenie Miłośników Fotografii w Poznaniu. W ostatnim numerze jako wydawca wymieniony jest nadal Okręg Poznański PTF [organem PTF pismo było od 7.12.1947], ale dodano, że pismo korzysta z subwencji Ministerstwa Kultury. Stanisławski twierdzi, że przede wszystkim – z funduszy prywatnych, tak, jak od początku istnienia. Wśród donatorów byli członkowie Stowarzyszenia Miłośników – zwłaszcza Mieczysław Szuba (miał sklepik w Pasażu Apollo ze sprzętem fotogr. i filmowym) oraz Tadeusz Szczaniecki (miał sklepik przy ul. Szkolnej ze sprzętem fotograficznym; takich sklepów było w Poznaniu po wojnie kilka – ze sprzętem używanym, materiałami chemicznymi z NRD?, z Ziem Odzyskanych? – nie wiadomo skąd; dopiero później uruchomiono polską fabrykę papierów fotograficznych w Bydgoszczy). Rozmowę prowadziła Monika Piotrowska |















