|
Galeria Fotografii „pf“ w małej salce pocesarskiego Zamku powstała w 1993 r. W pierwotnej formie przetrwała do końca 2004 r. W ciągu 11 lat istnienia zorganizowała 145 wystaw.
Powstała, przetrwała, zorganizowała. Bezbarwne komunały. O galerii „pf” w latach 1993-2004 trzeba mówić soczyście, z zaangażowaniem, z pasją, ponieważ była dziełem pasjonata i znawcy, nie teoretyka tylko praktyka, ponieważ spełniła misję niemożliwą. Przez ponad dekadę prezentowano tu zwarty program, przedstawiano historię fotografii klasycznej i jej współczesną kontynuację. I to właśnie galeria „pf” zainicjowała w 1993 r. coroczne sympozja pt. „Świat fotografii”, zaś w 1995 dała impuls dla Poznańskich Dni Fotografii /15 wystaw podczas 1 miesiąca/. Galeria „pf” zasiała ferment. Po kilku latach od jej założenia w Poznaniu zdążyło się już zawiązać poważne lobby fotograficzne a odbitka fotograficzna sygnowana odpowiednim nazwiskiem odzyskała swoje prawa do miana dzieła sztuki. Załatwiono sprawy dla funkcjonowania fotografów w nowej rzeczywistości równie proste co niebagatelne. To znaczy ktoś załatwił; ktoś poruszył środowisko i jego problemy. Ktoś, kto wiedział, znał i komu się chciało. Formy bezosobowe zacierają osobowości. W roku 2004 ostatnia wystawa w „pf” - Galerii Autorskiej Janusza Nowackiego należała wreszcie do Janusza Nowackiego. Na koniec. Ta ostatnia wystawa w 2004 r. zamknęła działalność galerii „pf” w tym kształcie, jaki sam jej nadał. Od początku b.r. Nowacki nie prowadzi już „pf”. Dobrze, że choć na koniec zdecydował się złożyć sobie autorski hołd. Skoro już przez życie idzie, szukając sobie cienia.
Lubi powtarzać: „Najważniejsza jest fotografia”. Idea fotografii, jej historia, jej sztuka. Jej wartość odrębna, oryginalność. „Od lat denerwuje mnie ten człowiek swoją postawą” – stwierdza Juliusz Garztecki, historyk fotografii i felietonista, w niepublikowanym tekście O fotografii uwagi prywatne. – „Jan Bułhak określił kiedyś jako zadanie fotografii służbę społeczną. Janusz Nowacki nigdy się na Bułhaka nie powołuje. Natomiast realizuje ten program. /.../ i co najgorsze, Janusz Nowacki się ukrywa. No i ma za swoje. Ludzie, którzy dla uspołecznienia fotografii zrobili ułamek tego, co on, chodzą w glorii.”
Janusz Nowacki. Rocznik 1939. Fotograf, muzyk, nurek. Galerzysta. Instruktor. Instruktor fotografii. Gdyby wpisać tu: instruktor nurkowania, dużo łatwiej byłoby w naszej krzywej, polskiej rzeczywistości momentalnie rozbudzić wobec niego zainteresowanie. Instruktor nurkowania gładko kojarzy się z pełną fantazji pasją, podczas gdy instruktor fotografii – tylko z amatorszczyzną. No, to wpiszmy: instruktor nurkowania. Zresztą to prawda.
Nurkuje głęboko. Trzyma azymut z zamkniętymi oczami. „Jest człowiekiem” – mówi Mariusz Forecki – „który wie czego chce.” Nowacki do 14-tego roku życia zdążył przeryć wszystkie półki klasyków literatury w bibliotece miejskiej. Nadszedł „Czasu jazzu” Willisa Connovera, łapany w przedwojennym radioodbiorniku rodziców. Był nieźle „osłuchany” jako 16-latek (1956); kiedy pojawił się Komeda (1957), zaczął marzyć o graniu. W 1959 r. kupił sobie zestaw do perkusji, po dwóch latach stwierdził, że nie będzie „numer jeden” w Polsce. „Szukałem dalej, ale nie potrafię wytłumaczyć, dlaczego poszedłem na wystawę fotografii pt. Rodzina człowiecza” – rozkłada ręce Nowacki. Nie wie też, czemu jeszcze w 1957 r. kupił za ciężkie pieniądze miesięcznik Fotografia. – „Chociaż pamiętam ten kiosk przy Pl. Wiosny Ludów” – uśmiecha się.
W 1956 r. powstał w Poznaniu klub nurków. Nowacki zapisał się do niego 1957 r. Zaczynał pływać mając lat 17 w masce zrobionej własnoręcznie (gumę wycinało się z dętki samochodowej starej opony). Nurkowania nie szukał. Wybrał. - „Kiedy tak teraz oceniam z perspektywy minionego czasu, właściwie we wszystkim, co zrobiłem, to moje nurkowanie jakoś siedzi.”
Pojawił się z pierwszą rolką i aparatem fotograficznym na koncercie kwartetu Jana Ptaszyna Wróblewskiego w 1961 r. Po 4 latach miał wystawę, na której ludzie zaczęli zwracać uwagę, że ona jest jednym utworem. Zdał sobie sprawę, że nadal grał jazz, tylko zmienił instrument. W fotografii podszytej muzyką znalazł swoją najpełniejszą formę ekspresji. Obojętnie, co z tą fotografią potem robił, zawsze padało w końcu pytanie: czy pan nie jest muzykiem?
Na przełomie lat 60./70. interesowała go fotografia jazzowa i aranżowana. Jako fotoreporter („Każdy facet chciał być fotoreporterem, jak dziewczyny modelkami” – J.N.) skończył się przy konfrontacji z katastrofą kolejową. Wolał pomagać rannym niż ich fotografować.
W 1965 r. miał pierwszą wystawę indywidualną (JAZZ; Wrocław), w 1967 r. zrobił cykl zdjęć podwodnych w Dalmacji, w 1969 r. rzucił bardzo dobrą robotę i przekonał swoją młodą żonę, że będzie fotografem. Nurkowanie dało mu metodę, trening koncentracji. Pierwszą rzeczą, której trzeba nauczyć się pod wodą, jest spokój. Liczy się opanowanie, czytelne komunikaty i intuicja. Partner musi cię zrozumieć natychmiast, a ty jego, dajecie znaki albo się domyślacie. Nigdy nie wiadomo, co się pod wodą wydarzy. Musisz decydować szóstym zmysłem, bez namysłu i bez paniki. Zwłaszcza podczas pracy w czarnej wodzie zbiorników retencyjnych. „Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że od wszystkich, z którymi współpracuję, wymagam, żeby mnie rozumieli bez słów. Może niesłusznie...” – frasuje się, badając oczy rozmówcy.
Nowacki ma opinię człowieka trudnego. – „Mówi to, co myśli, jest szczery, jest jednym z najbardziej szczerych ludzi, których spotkałem. To trudne i bywa bolesne czasami, ale lepiej, żeby bolało od razu niż potem” – stwierdza Forecki.
Trudne i bolesne były cztery lata życia Nowackiego jako wolnego strzelca w PRL-owskiej rzeczywistości. Były dalsze wystawy, perspektywy na przyjęcie do ZPAF-u (Związek Stowarzyszenia Polskich Artystów Fotografików), którego członkowstwo otwierało możliwość wystawiania rachunków. Choć to tak trywialne, z czegoś trzeba żyć. Tworząc impresyjne reportaże z koncertów jazzowych Nowacki wyróżniał się od razu, Jacek Juszczyk pisał: „Jeżeli krytycy jazzowi mówią, że aby grać dobrze jazz, trzeba wyposażyć go w rys osobisty /.../, to /.../ Janusz Nowacki uzyskał w /.../fotografiach ten sam efekt”. Chodziły słuchy, że po wystawie Konsultacje w 1972 r. ZPAF przyjmie wszystkich najlepszych. No i owszem, na listę członków dopisano wszystkich z wyjątkiem Nowackiego.
Utrzymał azymut. „Próbowałem być sobą” – kwituje.
Na pocz. 1973 r. ówczesny poznański Pałac Kultury w zamku cesarskim zatrudnił go jako instruktora ds. upowszechniania fotografii. I wówczas, pod tym woalem PRL-owskiej terminologii, narodził się m i s j o n a r z fotografii (określenie Juliusza Garzteckiego).
„/.../sama akcja Portret dla Ewy była czynnikiem ludycznego oddziaływania. Taka właśnie forma prezentacji sztuki najbardziej sprzyja jej upowszechnianiu i dotarciu do tych, którym twórczość artystyczna wydaje się niezrozumiała i wyniosła.” (Stefan Wojnecki, „Tydzień” 9.05.1976)
Akcje były mnogie, odliczały kolejne lata Nowackiego, spędzone w zamku okresu Pałacu Kultury, aż do cezury, jaką był dla wszystkich rok 1981. Do obowiązków instruktora ds. upowszechniania fotografii w wojewódzkim mieście Poznaniu należało dokształcanie instruktorów z terenowych placówek kulturalnych. Dla nich musiał stworzyć program.
Nowacki, zanim zaczął pracować w Pałacu Kultury, uległ inspiracji niekonwencjonalnymi pomysłami wystawienniczymi Stefana Wojneckiego. Z drugiej strony, wcześniej, pod prąd fali fotografii subiektywnej, poszukującej, która przeszła przez Polskę w latach 1968-1970, zwrócił uwagę na fotografię dokumentalną. Uczulił go na nią Garztecki i mimo, że dokument nie miał wtedy szans, Nowacki już pierwsze swoje warsztaty zorganizował, orientując je całkowicie dokumentalnie. Zasadą zaś było: dziś fotografujemy, jutro wystawiamy.
Zgodnie z opisem programowym Warsztaty Fotograficzne Nowackiego obejmowały plener przemysłowy lub miejski, seminaria z udziałem wybitnych teoretyków i fotografów oraz działania, wyzwalające formy kreacji zbiorowej ze strony uczestników warsztatów i szerokiego grona odbiorców. W życiu przekładało się to na niesamowicie intensywny kontakt z otoczeniem, fotografia stawała się narzędziem poznawczym (faza dokumentacji), integracyjnym (faza prezentacji) i znoszącym granice między twórcą a publicznością (faza wspólnych działań fotografów z miejscowym środowiskiem). Dokument objawił swoją rolę społeczną.
Pierwszą ekspozycję rezultatów zajęć warsztatowych zrobili w parku, podczas niedzielnego przedpołudnia. Był rok 1973. Zaskoczenie i reakcja publiczności dały bodziec do następnych działań. W marcu 1974 r. wyjechali do Trzcianki, żeby zrobić portret przemysłowego miasta. W zakładzie na frezarce pracował jakiś facet. Henryk Król zrobił mu zdjęcie, a on się spytał: „Po co?”. Później przyszedł na wystawę, obejrzał, powiedział: „Panie, ja to robię 5 lat, ale nie wiedziałem, że to ładnie wygląda”. Nowacki przekonał się, że wybrał dobrze, że dokument jest niezastąpiony.
Fotografowali kobiety na hali tkalni WISTYL-u, dziewczyny na poznańskiej ulicy (Portret dla Ewy), pracowników spółdzielni inwalidów, wsie, rodziny wielodzietne, szkoły. Zdjęcia dokumentujące gminę Obrzycko powiesili w restauracji. Przyjechała kobieta, która usiadła, zamówiła herbatę i przesiedziała godzinę, patrząc na swoje zdjęcie. Nie przyjechała pokazywać siebie innym, tylko wyrwana z kieratu patrzyła sama na siebie – pewnie inaczej niż dotąd. Nowacki żałował, że to nie on zrobił to zdjęcie.
Wystawy robili wszędzie. Na płocie we wsi, w czasie mszy, żeby ludzie weszli na fotografie, kiedy wyjdą z kościoła. W gdańskim ratuszu na gzymsach i w niszach XVIII-wiecznej boazerii, na podłodze zakładów włókienniczych, w remizie strażackiej – zawsze w interakcji do ludzi, których teren fotografowali. Garztecki nazywał warsztaty Nowackiego kurso-plenero-akcjami, Jerzy Olek, szef galerii Foto-Medium-Art we Wrocławiu – fotografią ekspansywną. Jedno i drugie trafne, ponieważ sednem była akcja nastawiona na zaangażowanie publiczności. Najbardziej spektakularna udała się w Uniejowie, gdzie 300 zdjęć z życia miasteczka posklejano w taśmę długości 120 metrów, którą niósł tłum mieszkańców i fotografów, złączony w ten sposób złożonym obrazem z jednego dnia życia miasta.
Jasne, że działania Nowackiego na warsztatach można nazwać happeningami. Podobnie jak akcje fotograficzne grupy ZBLIŻENIE, którą zawiązał z Maciejem Mańkowskim i Stanisławem Strzyżewskim (1974-1979), można nazwać czasem konceptualnymi, czasem perfomerskimi. Tylko, że to nie naświetli fenomenu Nowackiego.
Idea happeningu wynikała ze sprzeciwu wobec sztuki tradycyjnej i chęci przybliżenia sztuki do życia. Happening wyszedł z galerii w plener w akcie buntu. Nowacki nigdy nie podniósł ręki na sztukę tradycyjną ani na tradycję sztuki. Wręcz przeciwnie. Wyprowadził na warsztatach sztukę z galerii, żeby przybliżać najlepsze tradycje fotografii najzwyklejszym ludziom. Nie przybliżał sztuki do życia, a raczej pokazywał, że sztuka, przynajmniej sztuka fotografii, jest życiem, że je wzbogaca. Uczył najbardziej klasycznych podstaw fotografii, opartej o klasyczne rzemiosło. Wskazywał na jakość związku pomiędzy kadrem, jaki wybierze fotograf, a fotografowanym obiektem, na to, jak poszerza się doznawanie nawet najbliższego świata, gdy ogląda się go w lustrze odbitki fotograficznej. Happening był mu bliski nie w sensie ideowym, tylko technicznym – wywoływania zdarzenia, w którym współuczestniczy publiczność.
„Rzemiosło” nie było w latach 70. słowem modnym, Nowacki zaś nie miał wątpliwości, że to fundament. Im bardziej zanurzał się w fotografii, tym bardziej ćwiczył koncentrację. Słuchając intuicji. Mimo pewnych zakusów performerskich czy konceptualnych, trzymał się znów swoich wyborów, postawił na dokument, który bez dobrego rzemiosła obyć się nie może, no i wygrał. Dzisiaj fotografia dokumentalna jest w Polsce najbardziej powszechnie uznawanym rodzajem fotografii w ogóle. To ona otwiera powoli nasz rynek fotograficzny. Bo to fotografia blisko nas.
Każde wypływanie na powierzchnię jest łapaniem głębokiego oddechu, smakowaniem nabierania w płuca powietrza. Wynurzanie z głębokiego jeziora jest raptownym przedzieraniem się ku jasności, z mroków niezbadanego ku otwartej przestrzeni. Nowacki odkrył tą drogą pejzaż. Był pocz. lat 80. Twierdzi, że wcześniej nie czuł pejzażu.
Jazz skończył fotografować, kiedy został instruktorem w Pałacu Kultury. Nie dlatego, że nie mógł jeździć na koncerty. „W jazzie nie potrafiłem zrobić fotografii, która pokazywałaby moje całkowite zanurzanie w muzyce, jak nurkowanie” (J.N.). Zostawił sobie furtkę, ale już do niej nie wrócił.
Pejzaż wynika w twórczości Nowackiego z dokumentu, a zaczyna się w jego diaporamach (pokaz zdjęć na slajdach, skomponowanych w jeden utwór, niezwykle popularny w latach 70/80). Warsztaty w 1977 r. były tej formie poświęcone w całości. Nowacki ułożył w latach 1977-85 dziewięć diaporam (w 1978 r. założył też razem z Mariuszem Stachowiakiem i Jackiem Śledzikowskim studio diaporamy DiM), zebrał wszelkie możliwe nagrody, stając się „niekwestionowanie najlepszym /ich/ twórcą w Polsce” (St. Wojnecki). Bitwa na polu lodowym, przedstawiająca stuletnie dęby „śmiertelnie skute lodem” (prof. Ludwik Baran z Opavy), wywołała zachwyt na międzynarodowej konferencji n/t diaporamy w Czechosłowacji. „Delikatna przyroda/.../” – pisał prof. L. Baran z kolei o Jesiennych impresjach Nowackiego – mogłaby być samodzielnym obrazem na wystawie, która by wzbudziła zaintersowanie nie tylko w Europie, ale na świecie.” Nowacki ukuł proste hasło: fotografię usłyszeć, muzykę zobaczyć. Jego „produkcje” były perfekcyjnym montażem zdjęć i muzycznej ilustracji. „Stwarzałem komfortowe warunki ekspozycyjne, ale zmuszałem do oglądania w kolejności, jaką sam zaplanowałem” – uśmiecha się pod nosem Nowacki. Kultowy smak „Rejsu” musiała mieć diaporama w Skorzęcinie (1980), pokazywana 1,5-tysięcznej widowni (!), gdzie 62 minuty projekcji przedstawiały „wielowarstwowe życie 5-tysięcznego ośrodka wczasowego w okresie pełnego turnusu”. Mariusz Stachowiak zrobił przy tej okazji słynny cykl pt. Pozycje plażowe.
"Buczyny" (1982-86) z cyklu: "Pejzaże z drogi do ciszy" powstały dosłownie dzięki wrażeniom z wynurzania – z głębin na rozświetlony las bukowy. Zapewne inspiracja tą zmianą światów, wyjściem z ciszy w dźwięk, ze skrępowania w swobodę powoduje, że "Buczyny" posiadają dynamikę kamery filmowej, krążącej między skręconymi konarami jak między ludzkimi członkami. Autor jest tak samo fascynatem natury i fotografii, twierdzi, że obie wyzwalają te same emocje.
Praformy i formy wyrażające wieczną tajemnicę istnienia - to temat uparcie w pejzażach Nowackiego powracający. Znak jego nowego czasu, etapu. Bogdan Konopka napisał kiedyś o nim, że na swoją fotografię uparcie nanosi wszystkie inne swoje miłości.
Latami penetruje rejon, który polubił, po czym wynurza się nieskrępowanie w nowym miejscu. Zaskakując – ponieważ to, do czego czuje namiętność, przeobraża w niepowtarzalną kreację. Może dlatego zaskoczył najbardziej, kiedy wybrał temat odarty przez lata eksploatacji z resztek oryginalności: Tatry. „Janusz Nowacki przekracza swoimi zdjęciami Tatr, jak myślę, zamknięcie, które trapi sztukę współczesną. /.../ Jego fotografia jest otwarta – ale nie naskórkowo czy tymczasowo. Ma w sobie nieczęstą jakość, jaką jest szukanie nowego wyrazu poprzez schodzenie wgłąb siebie i świata. Jakość osiąganą przez wsłuchanie a nie krzyczenie. A przecież nie przekracza konwencji czasu, stylu, epoki. Nie musi. Nie potrzebuje martwić się o to, co nowego wymyślić i stworzyć nikt, kto osiąga w swojej sztuce wewnętrzną wolność” (Andrzej Niziołek, cytat z referatu wygłoszonego na sympozjum Polska i słowacka fotografia tatrzańska” w Zakopanem, 2004).
Misjonarzem fotografii nazwał Nowackiego Juliusz Garztecki na pocz. lat 90. Odniósł to do jego działalności instruktorskiej, lecz owo określenie dotyka po prostu sedna osobowości Nowackiego. Na tej osobowości zasadzała się cała działalność Galerii Autorskiej „pf”. On słucha, nie: krzyczy, powiada Niziołek. „Jest uczciwy w tym, co robi i jak żyje” – mówi Forecki. Uczciwość – wobec siebie, innych, pracy, celu, umiejętności – jest kluczem do osobowości Nowackiego. Dzięki temu koń, na którego postawi jest pewniakiem. Dzięki temu sam ciągle się rozwija.
„Stwierdziłem, że żeby kogoś nauczyć fotografii, to trzeba mu fotografię pokazywać, ale nie tylko w albumie” – Nowacki wspomina jeszcze lata 70. Galerię chciał utworzyć w Pałacu Kultury już w roku 1974; nie zmieściła się w koncepcji dyrektora placówki.
Galeria Autorska „pf” Janusza Nowackiego swoje tymczasowe pomieszczenie otrzymała w 1994 r. W zgodzie z naturą prowizorek przetrwała w nim do końca swej historii w pełnym brzmieniu i formie, czyli jako „pf” Nowackiego. Autor wymyślił nazwę-znak, krótki, jasny, który szybko stał się dobrą marką. „pf” znaczył: poznanie/profile/promocja fotografii. „To, co mnie interesowało, to działanie edukacyjne galerii w zakresie klasyków” – podsumowuje.
Niektórzy używają terminu fotografia „czysta”, lecz to trąci brakiem precyzji. Klasyka zaś odwołuje się semantycznie i formalnie do kilku prostych środków, które określają jasne kategorie oceny: temat, kadr, światło, rzemiosło (tradycyjne).
Oczywiście były atrakcyjne wystawy gwiazd: Jana Saudka, Richarda Avedona, Henri Cartier-Bressona (pierwsza w Polsce wystawa indywidualna), Luiza Gonzaleza Palmy, Augusta Sandera. Ale też przedstawiał cykle historyczne - od prac Foxa Talbota, czyli wykładu o początkach procesu negatywowo-pozytywowego, po niemiecką fotografię artystyczną XIX/XX wieku, łącznie z Bauhausem doby Weimaru, czyli wykładem o światowej awangardzie. Przy czym fotografia niemiecka miała pierwszeństwo, ponieważ właśnie ona na naszym kontynencie jest najbardziej reprezentatywna dla koncepcji fotografii według Nowackiego i była dostępne. Prezentuje, mianowicie, te cechy, które wyróżniają fotografię wśród innych dziedzin sztuki, czynią z niej wartość odrębną („Najważniejsza jest fotografia” – powtarza przecież Nowacki!). Dzięki nawiązaniu współpracy z Instytutem Goethego w ciągu dekady pokazał prawie cały, imponujący dorobek Niemców. Z drugiej strony, ponownie wylansował(!) w Polsce fotografię czeską. Sprowadził „Fotogramy od 1918 do dziś” (Picasso, Noisis), zajął się znowu, fotografią dokumentalną.
Dla tej ostatniej zrobił bardzo wiele, by znieść katastrofalny do niej brak szacunku w Polsce - do prostego dokumentu, tego samego, który był zdolny wypromować Stany Zjednoczone okresu Wielkiego Kryzysu, który we Francji dał pozycję Cartier-Bressonowi, który kwitnie u Anglików. Nowacki przedstawił przegląd pt. „Dylematy dokumentaryzmu. Obraz brytyjskiej fotografii dokumentalnej 1983-1993” („Chętnie zrobiłbym ten temat raz jeszcze” – J.N.) i szereg wystaw indywidualnych (Witolda Krassowskiego!), wyławiał nazwiska polskie (np. Mariusza Foreckiego), lecz potrafił też znajdować takich, jak Szwed Lars Tunbjörk, którego przedstawił zanim został on wypromowany na Zachodzie. A Nowacki go docenił właśnie za dokument.
Forecki o Nowackim: „Ma nosa do talentów i czuwania nad nimi. Przychodzi po roku i pyta: no i co nowego zrobiłeś?” Od innych wymaga tego, czego wymaga od siebie: żeby się rozwijać, nie stać w miejscu.
Maciej Mańkowski o Januszu Nowackim: „Stworzył pierwszą w historii powojennej Poznania galerię fotografii, która miała program autorski”.
Nowacki o Mańkowskim: „Był i jest radarem, wyłapał wiele rzeczy.” Z pewnością. Ale galerię, o której dziennikarka PTV Edyta Król powiedziała kiedyś, że za jej sprawą powstał punkt odniesienia odbioru fotografii, Nowacki stworzył dzięki swojemu profesjonalizmowi, wiedzy i intuicji. To on ustawił wysokość poprzeczki.
Dla współczesnych artystów ustawił ją na poziomie Edwarda Hartwiga. Jego retrospektywa (1995) była zarazem ilustracją 80-ciu lat fotografii i 80-ciu lat nieustającego rozwoju autora. To jest prawdziwe wyzwanie. Również dla następców w galerii „pf”.
Gdzie teraz wynurzy się Janusz? Rocznik `39-ty? Niemożliwe. Może ten rocznik się tak dobrze trzyma. W każdym razie Janusz chyba nigdy się nie zestarzeje.
Monika Piotrowska
|